#wszechmocne

Gosia Herba podbija świat. Jej ilustracje zachwycają

Autor: Patrycja Ceglińska-Włodarczyk / Data: 14.09.2023
Gosia Herba - polska ilustratorka, która podbija świat

- W przypadku zawodu ilustratora mam wrażenie, że w grę wchodzi nie tylko romantyzacja, ale też infantylizacja - powiedziała ilustratorka Gosia Herba nominowana w plebiscycie #Wszechmocne 2023.

Wywiad przypominamy w związku z finałową galą plebiscytu #Wszechmocne 2023

Patrycja Ceglińska-Włodarczyk: "Postanowiłam zostać ilustratorką, spróbowałam i jestem" - powiedziała pani kiedyś. Od dziecka lubiła pani rysować?

Gosia Herba, ilustratorka: Nie wyróżniam się spośród innych ilustratorów. Rysowałam od dziecka i tak już zostało. Faktycznie, wcześnie zajęłam się rysunkiem, bo sprawiało mi to ogromną przyjemność. Prędko stało się również poważnym przedsięwzięciem w moim życiu. Wydaje mi się, że już w wieku kilku lat planowałam w dziecięcy sposób karierę artystyczną. Jako maluch nie wiedziałam, że istnieje zawód ilustratora, więc marzyłam, aby zostać malarką. Sporo też czytałam, miałam dostęp do wielu pięknie zilustrowanych książek, więc to wszystko odbywało się w bardzo naturalny sposób.

To rzadko się zdarza, aby tak wcześnie odkryć, co chce się w życiu robić. To daje poczucie ulgi?

Oczywiście nie obyło się bez zwątpień, czy to, co robię to na pewno to, w czym docelowo będę chciała się realizować. Szłam wytyczoną drogą, ale jako dziecko uczęszczałam też do szkoły muzycznej i uczyłam się grać na saksofonie altowym. Radziłam sobie całkiem nieźle, ale musiałam w końcu zdecydować, co daje mi większą radość. Zresztą nie ukrywajmy, nie byłabym taką dobrą saksofonistką jak jestem ilustratorką. Szczęśliwie wybrałam dobrą drogę.

W piątej klasie liceum artystycznego zaczęłam mieć poważne wątpliwości, co mogą mi dać studia na Akademii, czy jestem wystarczająco zdolna i wytrwała, czy mam coś do powiedzenia światu. Finalnie zdecydowałam się na historię sztuki i nie żałuję, bo taka konkretna wiedza ułatwia mi pracę ilustratorską.

Pamięta pani to uczucie, gdy pokazywała swoje prace światu po raz pierwszy? Stresowała się pani?

Chyba nigdy nie przejmowałam się opinią ludzi. Jako dziecko zaczęłam zarabiać na rysowaniu, a w liceum robiłam już sporo zleceń. Moje prace zawsze cieszyły się powodzeniem. Nigdy nie martwiłam się, że coś się może nie spodobać. Po prostu robiłam swoje. I to nie dlatego, że jestem nadzwyczaj pewna siebie. Moje ilustracje wychodzą z serca, są szczere, a to trafia do ludzi.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Podobno pierwsze prace, które pani tworzyła, były bardzo osobiste.

Moja mama przechowuje zeszyty, w których rysowałam jako kilkulatka. Oczywiście, że pojawiały się też księżczniki z zagmatwanymi tytułami: "ładna księżniczka, jeszcze ładniejsza księżniczka i ich brzydka siostra (wynikało to z tego, czy rysowana postać się udała, czy też nie do końca). Ale rysowałam też dużo własnych snów. Miałam do tego dzienniczek rysunkowy.

A później, gdy dorosłam, zaczęłam rysować bardziej osobiste rzeczy. Był to rodzaj autoterapii i radzenia sobie z problemami. Te rysunki były brzydkie, często ordynarne jak na to patrzę z perspektywy czasu. Przechodziłam różne etapy swojej twórczości. Wtedy też nie traktowałam jeszcze ilustracji w celach stricte zarobkowych. Zdawałam sobie sprawę, że to prace chaotyczne, nerwowe. Nie były też idealnie technicznie.

Wiele lat temu, gdy mieszkałam z Mikołajem - dziś moim mężem, wtedy kumplem, zauważył, że aspiruję do bycia ilustratorką. W końcu powiedział mi: "Słuchaj Gośka, musisz się nauczyć porządnie rysować. Ogarnij warsztat i wszystko będzie dobrze". Po prostu. Bardzo to wzięłam wtedy do siebie, też dlatego, że Mikołaj mi się podobał i szanowałam jego opinię. To zapoczątkowało etap intensywnej pracy, próbowałam znaleźć własny styl i formę. Udało się.

Okładka książki "Girlhood" Melissy Febos
Okładka książki "Girlhood" Melissy Febos

Rysuje pani dla największych światowych tytułów jak "New York Times" czy "New Yorker". Ale słyszałam, że początkowo odmówiła pani współpracy z "NYT". To prawda?

Dobrze, że pani o to pyta, bo chciałabym to sprostować. Pamiętam tamtą publikację. Mam bardzo zajęty grafik, aktualnie przyjmuję zlecenia na 2025 r. Często zdarza się, że mimo chęci, nie jestem w stanie przyjąć kolejnego zlecenia. Odbywałoby się to kosztem mojego zdrowia.

W przypadku "NYT" akurat było tak, że za każdym razem, gdy odzywał się do mnie art director, byłam niedostępna terminowo. Ku mojej wielkiej rozpaczy musiałam odmówić, bo miałam tak poustawiane inne zlecenia, że nie mogłam tego zmieścić w kalendarzu. Odpisałam, że jestem chętna, żeby o mnie pamiętali, ale że zależy mi na jakości ilustracji. Innym razem byłam na wakacjach i stwierdziłam, że tak rzadko mogę pozwolić sobie na relaks, że też odmówiłam. Ale od razu umówiłam się, że jak wrócę, to ustalimy terminy z wyprzedzeniem. Zgodzili się.

Zawsze towarzyszy mi obawa, że jeśli odmówię, klient już do mnie nie wróci. Przecież jest tak wielu wspaniałych ilustratorów na całym świecie.

Mam poczucie, że cały czas romantyzuje się zawody artystyczne, umniejsza się pracy na rzecz talentu.

W przypadku zawodu ilustratora mam wrażenie, że w grę wchodzi nie tylko romantyzacja, ale też infantylizacja. Szczególnie przy ilustracji dla dzieci. Byłam ostatnio na badaniu krwi i wypełniałam ankietę, w której była rubryczka "zawód". Powiedziałam "ilustratorka", a panie chórem wykrzyknęły: "ojej, jak słodko".

Chyba najbardziej dotkliwe i frustrujące jest to, że nasi partnerzy w pracy, czyli klienci i wydawcy nie traktują nas do końca poważnie. Na szczęście nie wszyscy. Cały czas staramy się edukować i walczyć o swoje. Zauważam też, że to młodsze pokolenie ilustratorów jest już bardziej świadome. To jest budujące.

Ja w ogóle nie wierzę w talent. Moja pozycja to wynik lat ciężkiej pracy i nauki. Stworzenie dobrej ilustracji jest czasochłonne. Dostajemy tekst, interpretujemy go, wykonujemy wiele szkiców.

Czasem poprawiamy wersję finalną. Do skutku. Odnalezienie własnego stylu, głosu to lata poszukiwań, doświadczeń, przemyśleń.

Portraits of Liz Claiborne and Frieda Belinfante
Portraits of Liz Claiborne and Frieda Belinfante

Czy ilustrator zarabia tylko na sprzedaży rysunków?

Ja pracuję jako freelancerka. Od kilku lat specjalizuję się w ilustrowaniu książek dla dzieci. Otrzymuję wynagrodzenie za wykonane prace, ale również za prawa autorskie i licencje. W zależności od umowy można otrzymywać także procent od sprzedaży. Razem z Mikołajem robimy autorskie książki, a nasza agentka sprzedaje licencje do nich na rynki zagraniczne.

Obszarów, w których może spełniać się ilustrator, jest wiele: grafika używkowa, animacja, plakat, infografiki, itd. Możliwości jest bardzo dużo. Niektórzy realizują zamówienia indywidualne, rysują portrety ślubne czy nawet portrety zwierzaków.Ja prowadzę też sklep z printami (gosiaherba.etsy.com), czasem sprzedaję oryginalne prace.

Mówiła pani na początku, że przyjmuje już zlecenia na 2025 r. Był taki czas, że nie miała pani w ogóle zleceń i było ciężko?

No pewnie. Gdy byłam na studiach, utrzymywałam się sama i otrzymywałam niewielkie stypendium.Wtedy zaczęłam robić pierwsze zlecenia ilustratorskie. Będąc na piątym roku studiów, zatrudniłam się w firmie obliczeniowej i pracując na trzy zmiany, kończyłam studia dzienne i pisałam pracę magisterską. Mimo że nie zawsze było łatwo, wierzyłam, że moja praca przyniesie owoce. Brałam wszystkie zlecenia i nie wybrzydzałam. Rysowałam dla pism kobiecych, mój przyszły mąż zlecał mi różne graficzne chałtury np. banery internetowe reklamujące program do rozliczania PIT.

Czy sztuka może wpływać na otaczającą rzeczywistość?

Tak. Kilka lat temu mój plakat "Idziemy na wybory" (który zrobiłam w ramach akcji Pogotowia Graficznego) zdobył pewną popularność. Kobiety ubierały się jak bohaterka plakatu i robiły sobie selfie przy tabliczkach komisji wyborczych. W tym roku dostaję już zapytania, czy będzie nowa wersja. Razem z innymi ilustratorami biorę udział w akcjach prospołecznych, przygotowujemy plakaty, które ludzie zabierają na demonstracje, wywieszają w oknach. Fajnie, że możemy wykorzystać umiejętności w ważnych dla nas sprawach.

Największą radością dla mnie jest świadomość, że moje książki wpływają na dzieci.

W Satna Fe, w Argentynie, w świetlicy dla dzieci w warunkach niestabilności społecznej, ekonomicznej i kulturowej, wychowawcy wspólnie z podopiecznymi namalowali mural bazujący na mojej ilustracji. Podpisali go moim nazwiskiem, wysłali wiadomość ze zdjęciami i dali znać, że dzieciaki się cieszą, bo ta świetlica to ich drugi dom i wspólnie ją ozdobili obrazem niosącym krzepiące przesłanie. Ekstra jest dostawać nagrody, wygrywać konkursy, cieszyć się nieprzerwanym strumieniem zleceń. Jednak największą radość, wzruszenie i spełnienie przynoszą mi takie historie. Mam wtedy poczucie, że moje ilustracje żyją, że trafiają do serc najmłodszych, towarzyszą im w dorastaniu. Po to rysuję!

"Układ nerwowy"
"Układ nerwowy"

Gosia Herba jest nominowana w plebiscycie #Wszechmocne w kategorii sztuka. Swój głos na artystkę możesz oddać TUTAJ.